Niedoświadczona załoga TU-154 wpadła w panikę?
Brak doświadczenia załogi prezydenckiego samolotu był zapewne przyczyną katastrofy 10 kwietnia. Tak uważa były pilot Wasilij Jeroszow, autor rosyjskiego podręcznika do pilotażu TU-154.
Fot. East News
Wasilij Jeroszow był pilotem TU-154, na którym przelatał 10 tys. godzin. W rozmowie z internautami na portalu Smolensk.forum.ws stwierdził, że doświadczenie załogi prezydenckiej maszyny było „ekstremalnie niewystarczające”.
Pierwszy pilot przelatał na TU-154 ok. 530 godzin (w sumie na różnych maszynach 3480), drugi – 160 (1900), a nawigator tylko 30 godzin (1070).
Zobacz też: Ktoś mówił pilotom TU-154 o lądowaniu
Jeroszow, który stworzył podręcznik pilotażu tupolewa, napisał:
Okres do 1000 wylatanych godzin jest najbardziej niebezpieczny dla młodego pilota w sensie euforii i przekonania, że wszystko, co trudne, miał już za sobą. W każdej firmie lotniczej tacy młodzi dowódcy są pod silnym nadzorem, często latają w towarzystwie kontrolerów, by poprawić błędy.
Były rosyjski pilot wyjaśnia, jak zwykle zachowuje się niedoświadczona załoga przy lądowaniu w trudnych warunkach:
Charakterystycznym błędem w takich sytuacjach jest to, że wszyscy członkowie załogi, zwłaszcza niedoświadczeni, w panice odciągają się od obowiązków, by "pomóc" kapitanowi wizualnie szukać ziemi. Napięcie nerwowe jest tak wielkie, że odruch jak najszybszego przejścia na lot wizualny jest silniejszy niż argumenty rozumu zdobyte w czasie wszystkich szkoleń. Przy tym kontrola nad przyrządami i wypełnianie poleceń systemu o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi czy poleceń wieży schodzą na drugi plan.
Zobacz też: Pilot rządowego Jaka mówi o katastrofie TU-154
Zdaniem Jeroszowa kapitan prezydenckiego samolotu z powodu małego doświadczenia nie uznał podjętej próby lądowania za niebezpieczną:
A ona od samego początku była śmiertelna. Widoczność była kilka razy mniejsza od dopuszczalnej.
10 kwietnia nad Smoleńskiem wisiała gęsta mgła. Widoczność wynosiła tylko 200 m w poziomie i 50 w pionie. Minimalna widoczność wymagana do lądowania to 1000 i 100 m.
Autor podręcznika pilotażu stara się też wyjaśnić, dlaczego prawie do samego końca TU-154M leciał na autopilocie:
Zejście do lądowania według przyrządów jest najbardziej skomplikowanym sposobem lądowania dla pilota. Trzeba rękami dobrze czuć prędkość, utrzymywać odpowiednią moc silników, trzymać kurs z dokładnością 1-2 stopnie, z uwzględnieniem siły wiatru, która może nieco znieść samolot. Trzeba także zachowywać prędkość zniżania z zachowaniem wysokości na punktach kontrolnych i wprowadzać poprawki w razie odchyleń. A przy tym należy jeszcze realizować główny cel, to jest trzymać się linii podejścia i decydować, czy podchodzi się do niej z lewa czy z prawa.
Zobacz też: Rosja: Piloci nie reagowali na polecenia kontroli lotów
Tu-154 jest bardzo inercyjny i potrzebuje działań wyprzedzających. Kapitan nie miał takiego mistrzostwa. Dlatego postanowił użyć autopilota. Najprawdopodobniej rozdzielił obowiązki następująco: kursem zajmował się nawigator, decydując o ruchu maszyny w stronę pasa i kącie schodzenia. A sam kapitan próbował kontrolować prędkość schodzenia, trzymając rękę na manetce "zniżanie-podchodzenie". Liczył, że autopilot utrzyma zadany kurs i pochylenie dziobu, a on będzie tylko robić niewielkie korekty ręcznie, skupi się zaś na poszukiwaniu świateł lotniska. Ale przez to jeszcze bardziej odciągnął się od sterowania.
Jeroszow uważa, że samolot mógł znaleźć się poniżej tzw. wysokości decyzji, wynoszącej 100 m, bo kapitan mógł chcieć "wylądować za wszelką cenę". Mogło też stać się tak dlatego, że załoga była w ogromnym stresie, skoro zignorowała dwa ostrzeżenia aparatury pokładowej: „ziemia blisko” i „do góry”.
Zobacz też: Piloci sami zdecydowali o lądowaniu
Rosyjski pilot stwierdził, że polska załoga miała czas na poderwanie do lotu tupolewa zniżającego się z prędkością 8 m/s, nawet gdyby komenda kontrolera lotu, nakazująca natychmiastowe przerwanie zniżania padła na wysokości 80 m:
Ale polski pilot, latający według norm międzynarodowych, w ogóle nie musiał natychmiast wypełniać komendy szefa wieży. On mógł jedynie przyjąć ją do wiadomości.
Źródło: wyborcza.pl
- Robin Gibb z Bee Gees nie żyje
- Radny śpiewa o "wielkim L. Kaczyńskim"
- Trzęsienie ziemi we Włoszech. 3 ofiary
- Ksiądz zamieszany w głośne porwanie?
- Stargard Szczeciński: Zamordowana 9-latka, siostra ranna
- Gowin: Polska przygotowuje się do sprowadzenia wraku
- Senator USA: Trzeba wyjaśnić katastrofę smoleńską
- Euro 2012 cieszy coraz mniej Polaków?
- "Wybuchy? Tak, w głowie Macierewicza"
- Jaruzelski: Jest źle, dogorywam

Przeciez byle kogo by nie wzieli zeby prowadzil samolot z prezydentem
pzdr dla gg
!
a kto ja piniesiesie? wiadomo...pilot. Coż za jeden wielki bezsens